Strach utrzymywał się przez wiele lat. Ponure pokłosie niesławnej akcji burzenia cerkwi

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
1938 rok. Burzenie cerkwi w Kryłowie (pow. hrubieszowski)
1938 rok. Burzenie cerkwi w Kryłowie (pow. hrubieszowski) Fot. ze strony www.cerkiew1938.pl
Udostępnij:
To były wydarzenia bez precedensu. Rządowa akcja burzenia cerkwi w 1938 r. trwała kilkanaście tygodni. Zniszczono wówczas 127 prawosławnych obiektów sakralnych, w tym 91 świątyń. Na Zamojszczyźnie stało się to m.in. w Zamościu, Brodzicy, Chmielku, Kryłowie, Podlodowie czy Prohoryłem. Pamięć o tych wydarzeniach nadal jest żywa.

- Ludzie byli na łące, a cerkiew stała na pagórku. I nagle takie dudnienie. Patrzą, cerkiew rozwalają! I tak wszystkie ludzie z łąki tam pobiegli: Polaki i prawosławne... - opowiada jeden ze starszych mieszkańców Podlodowa w gm. Łaszczów. - No i tam jeden zżynał kopułę. I ta kopuła tak leciała, bez ten dach i z takim hukiem spadła. Ludzie się nazlatywali i tak klękali, modlili się, płakali i też źle życzyli (tym, którzy dokonywali rozbiórki).

Krzyk za zasłoną z kurzu

Mężczyzna zna tę opowieść dzięki przekazom rodzinnym. Opowiada ją jednak w sposób bardzo żywy, emocjonalny, ze łzami w oczach. Nadal nie może zrozumieć tego, co się wówczas w jego wsi wydarzyło. Podlodów nie różnił się przecież od innych wsi w tej części powiatu tomaszowskiego. Żyli tutaj obok siebie w zgodzie prawosławni i katolicy. Jak tłumaczy, ci ostatni mieli jednak do kościoła w Gródku daleko, dlatego często (zwłaszcza zimą) chodzili modlić się do podlodowskiej cerkwi.

- Nikogo pop nigdy nie wygnał – zapewnia mieszkaniec Podlodowa. - Nawet i, o dziecko się urodziło w zimie, każdy chciał szybko ochrzcić, żeby nie umarło niechrzczone. No to polskie dziecko przynosili do cerkwi i popu ochrzcił. Przecież Bóg jest jeden.

Według spisu z 1921 r. w Podlodowie stało wówczas 65 domów. Żyło w nich 315 mieszkańców: 163 z nich deklarowało pochodzenie ukraińskie, dwóch było Żydami, a reszta – Polakami. Jeszcze w 1752 r. postawiono we wsi cerkiew parafialną pod wezwaniem Narodzenia Pańskiego, która należała do dekanatu tyszowieckiego. Wiadomo, że była ona drewniana, a jej kopuła górowała nad całą okolicą. Budowla została jednak zburzona w 1938 r. W jakich okolicznościach?

- Parę razy sołtys był w gminie. Tam kazali rozebrać cerkiew. I sołtys nikogo nie wyznaczył żeby rozebrał cerkiew, ale sołtysa zmienili. Nastał nowy sołtys – opowiada mieszkaniec Podlodowa. - No i najęli robotników. Takich co z Galicji przyjechali. Kolonistów. Bo w 1918 roku dziedzic parcelował trochę dworu. No i te Galicjany, co wówczas przybyli, zgodziły się rozebrać cerkiew, bo cóż, nie byli z prawosławiem związani. To i co im? Jedna rodzina się na to zdecydowała i jeszcze jeden z nimi kolega był. I przyszli, i tę cerkiew zaczęli rozwalać. No i rozebrali.

Mężczyzna mówiąc to rozkłada bezradnie ręce. Podobne sceny działy się także w innych miejscowościach Zamojszczyzny.

„Pewnego sierpniowego dnia 1938 r., tuż przed świtem pod husynieńską (Husynne w gminie Hrubieszów) cerkiew zajechało pięć samochodów z dobrze opłaconymi żołnierzami i ochotnikami (…)” — czytamy w książce Michała Książka pt. „Droga 816”. „Świątynia była z cegły, z sześcioma kopułami, pod wezwaniem św. Onufrego. Zanim zamontowali taran i założyli liny na podstawy kopuł, zbiegli się miejscowi. Zaczęli błagać i płakać. Żołnierze najpierw zerwali kopułę nad kruchtą, runęła, ale nie pękła. Ścian przy użyciu liny nie dało się zburzyć, więc podstawili taran. To był dębowy, okuty kloc. Cios za ciosem dziurawił prawosławny kościół”.

Okoliczni mieszkańcy byli tym widokiem zrozpaczeni. „Ludzie patrzyli. Wyli z bólu, złorzeczyli, wariowali” – opisywał na podstawie zebranych relacji Michał Książek. „Mężczyźni zatrzymali się dopiero na żołnierskich bagnetach (…). Płacz, huk, krzyk za zasłoną kurzu, przekleństw i próśb”.

Robota antyprawosławna

W miejscowości Chmielek w powiecie biłgorajskim miejscowa ludność ostro wystąpiła w obronie swojej cerkwi, próbując przeszkodzić w jej rozbiórce. Potem w zdewastowanym budynku nadal próbowano prowadzić „nielegalne” nabożeństwa. W końcu prawosławnych chłopów postawiono przed Sądem Okręgowym w Zamościu. Co ciekawe, nie zostali skazani za sprzeciwianie się władzy, bo uniewinnił ich sędzia Stanisław Markowski.

„Zamknięcie i zburzenie prawosławnej cerkwi nie miało ani prawnych, ani formalnych podstaw” - czytamy w uzasadnieniu tego wyroku.

Skąd takie nieludzkie traktowanie wyznawców prawosławia przez polski rząd? W drugiej połowie lat 30. ubiegłego wieku polityka naszego państwa wobec mniejszości narodowych bardzo się zaostrzyła. W 1935 r. w Urzędzie Wojewódzkim w Lublinie odbył się słynny zjazd starostów, naczelników różnych wydziałów oraz m.in. przedstawicieli wojska. Miał on charakter poufny. Mówiono o polityce „za daleko idącej tolerancji”, którą zamierzano ukrócić, oraz o „polonizacji prawosławia”. Uważano, że takie działania spowodują niezbędne „wewnętrzne zespolenie” naszego kraju. Akcja polonizacyjno-rewindykacyjną – bo tak ją nazwano - była także częścią nowej polityki narodowościowej.

Intensywne działania rozpoczęto w maju 1938 r., głównie na Chełmszczyźnie, południowym Podlasiu i — o czym znacznie się mniej się mówi, także na Zamojszczyźnie. Schemat zwykle był podobny.

„Pewne dyrektywy szły z góry i starosta (zamojski) też miał odpowiednie, poufne instrukcje, co dało możność nadania szerokiego rozmachu propagandzie i całej robocie antyprawosławnej i antyukraińskiej, opierającej się w dużej mierze na gwałtach i bezprawiu” – notował w swoim dzienniku Zygmunt Klukowski, zasłużony lekarz, społecznik i kronikarz ze Szczebrzeszyna. „Piszę o tym z równą przykrością, z jaką patrzyłem na to, co się działo. Zaczęło się od szykanowania w najrozmaitszy sposób. Od wszystkich urzędów i instytucji samorządowych zażądano spisu prawosławnych i Ukraińców i stopniowo usuwano ich z posad, niezależnie od ich kwalifikacji (…). Tak samo postępowano z nauczycielami, przenosząc ich do województwa warszawskiego lub poznańskiego”.

Szykanowani stanęli przed bardzo poważnymi wyborami. „Niektórzy prawosławni urzędnicy zaczęli przechodzić na katolicyzm, żeby tylko utrzymać się na posadzie” — notował Klukowski. „W powiecie biłgorajskim władze gminne i rejenci mieli wyraźne polecenie, by nie dopuszczać do nabywania nieruchomości przez nie-Polaków”.

W marcu 1938 r. kierownikiem owych działań był gen. Bruno Olbrycht, dowódca 3 Dywizji Piechoty Legionów w Zamościu. To także na jego polecenie przystąpiono do tzw. akcji burzenia cerkwi. Świątynie prawosławne i grekokatolickie były niszczone przez jednostki straży pożarnej, grupy więźniów, wynajętych robotników, a czasami oddziały saperów, pod osłoną policji i wojska. Prawosławni byli zaskoczeni i bezradni. Nie pomagał płacz i krzyk zgromadzonych przy świątyniach wiernych. Zaniepokojonych było także wielu katolików.

„Z tamtego czasu zachowałem taką kliszę: ojca purpurowego na twarzy i krzyczącego, choć nie wolno mu się było denerwować, bo miał ciężką chorobę serca” — wspominał po latach prof. Tadeusz Chrzanowski (historyk sztuki, literat, publicysta). „Ale wtedy to właśnie krzyczał na rząd Sławoja, i na Mościckiego, i nawet na Rydza, chociaż mnie uczono w szkole, że oni są mądrzy i dobrzy, więc przerażony słuchałem, jak przepowiada, że nas tu Rusini wyrżną, bez cienia litości wyrżną, że nam tego nigdy nie zapomną”.

Obojętność i apatia

Zygmunt Klukowski również uważał, że akcja „tępienia prawosławia” była wyjątkowo krótkowzroczna i tak naprawdę nieskuteczna (wielu takich nowych katolików powróciło potem do porzuconych wyznań). A gdy go powiadomiono, iż jacyś ludzie zabrali się do rozbiórki pięknej, XVI-wiecznerj cerkwi w Szczebrzeszynie, natychmiast tam pobiegł. Na miejscu zobaczył kilku robotników zdejmujących blachę z dachu świątyni. Był tym zdumiony i postanowił interweniować. Zatelefonował do Mariana Sochańskiego, starosty powiatu zamojskiego. Nic jednak nie wskórał.

„Było to jawne bezprawie, tym więcej irytujące, że zupełnie wyraźnie tolerowane przez władze (…)” — komentował w dzienniku Klukowski. „Zatelefonowałem zaraz do mecenasa Rosińskiego (Henryka), który był prezesem Towarzystwa Krajoznawczego w Zamościu. On powiadomił Towarzystwo Opieki nad Zabytkami i urzędy konserwatorskie w Lublinie i Warszawie”.

Po kilku dniach pojawił się w Szczebrzeszynie konserwator zabytków, dr Józef Dutkiewicz, który przerwał dewastację świątyni. Jednak po pewnym czasie rozbiórka została wznowiona. Stało się tak dzięki zgodzie uzyskanej u wojewody lubelskiego. Prace wstrzymano ostatecznie dopiero 27 maja 1938 r. (gdy robotnicy już zabierali się do rozbijania murów świątyni), po wizycie w Szczebrzeszynie Wilhelma Henneberga, delegata Ministerstwa Oświaty. Doktor Klukowski odetchnął wreszcie z ulgą. Nie wszyscy mieszkańcy Szczebrzeszyna popierali jego działania.

„Powstało przeciwko mnie okropne oburzenie ze strony inicjatorów tego dzieła i ich licznych zwolenników z obozu klerykalno-narodowego” – czytamy w dzienniku Klukowskiego. „Lecz starzy mieszczanie przychodzili mi dziękować, bo jednak czuli pewien sentyment do świątyni, do której niegdyś uczęszczali ich ojcowie unici”.

Akcja burzenia cerkwi została zakończona oficjalnie w lipcu 1938 r. Według danych lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego zniszczono wówczas 127 prawosławnych obiektów sakralnych, w tym 91 cerkwi (na Zamojszczyźnie doszło do tego m.in. w Zamościu, Brodzicy, Chmielku, Kryłowie, Księżpolu, Turkowicach, Nowosiółkach, Ślipczu, Łaskowie, Komarowie-Osadzie, Szarowoli, Prehoryłem, Wakijowie Wereszynie), z czego około 50 czynnych, 10 kaplic i 26 domów modlitwy.
Były to obiekty murowane i drewniane.

W kilkunastu przypadkach doszło również do zniszczenia elementów wyposażenia świątyń, a nawet ich zbezczeszczenia.

Nawróceni na łono kościoła

Prawosławni, głównie Ukraińcy i Białorusini, musieli się pogodzić z taką sytuacją. Jak zareagowali? „Wśród ludności prawosławnej obojętność i apatia zastępuje dotychczasowe wzburzenie” - czytamy w piśmie wojewody lubelskiego z września 1938 r.

To nie był jednak koniec. Bo przecież nie tylko o cerkwie polskim władzom chodziło. „Wszędzie namawiano prawosławnych chłopów do przyjęcia katolicyzmu, a czyniono to z wyraźnym naciskiem” — czytamy we wspomnieniach Zygmunta Klukowskiego. „W Horyszowie pod Zamościem jednego dnia przeszło na katolicyzm około tysiąca osób”.

Informacje o tym, że całe grupy ludzi przechodziły na katolicyzm, możemy znaleźć także w prasie. Np. 12 lutego 1939 r. „Ilustrowany Kurier Codzienny” donosił., iż w miasteczku Rafałówka w powiecie sarneńskim przeszło na „wiarę swych przodków” kilkadziesiąt rodzin. Oprócz wyznania wiary konwertyci złożyli specjalną deklarację. Czytamy w niej: „Ponieważ jesteśmy z pochodzenia Polakami, gdyż przodkowie nasi wszyscy byli Polakami i katolikami, i ponieważ pragniemy ściśle i nierozerwalnie złączyć się z polskością, oświadczamy, że od dnia dzisiejszego powracamy do świętej wiary ojców swoich i do św. Kościoła rzymskokatolickiego wraz żonami i dziećmi naszemi”.

13 marca 1939 r. „IKC” donosił o przejściu na katolicyzm „30 zruszczonych Polaków”. Pochodzili oni podobno z dawnej szlachty zagrodowej. „Również w ostatnich dniach powróciło na łono Kościoła Katolickiego w Omelanach 50 osób i w Widawce 60 osób - Polaków, którzy zostali przemocą zruszczeni przez zaborcę”.

„Kurier Warszawski” w wydaniu z 15 lipca 1939 r. pisał o innej uroczystości. Odbyła się ona we wsi Tymoszewicze w gminie Sosnowicze w powiecie łunickim.

„Na łono Kościoła katolickiego do wiary ojców powróciły dobrowolnie 103 osoby z dawnych rodzin szlacheckich” — czytamy w gazecie. „Nazwiska ich, jak: Sosnowski, Borowiecki, Jarecki, Sułkowski, Romanowski i inne, świadczą wymownie o polskim i katolickim pochodzeniu. Wyznanie wiary odebrał miejscowy ks. proboszcz Urban Filipiak”.

Wielu wyznawców prawosławia w tej sytuacji musiało się niemal ukrywać. Opowiada o tym pan Piotr (nazwisko do wiadomości redakcji), jeden z mieszkańców Zamościa. Jego dziadek o imieniu Aleksy był z pochodzenia Rosjaninem. Pochodził z Kurska. Gdy na początku XX w. w Zamościu rozpoczęto budowę wielkich koszar dla rosyjskich żołnierzy, przybył do tego miasta jako jeden z zatrudnionych przy owych robotach rzemieślników. Pracował w kuźni. Ożenił się z Afanasją, także Rosjanką, która mieszkała w Zamościu. Małżeństwo doczekało się siedmiorga dzieci. Mieszkali w domu, który Aleksy postawił na dawnym Przedmieściu Lubelskim.

- Oni wszyscy modlili się w drewnianej cerkwi przy dzisiejszej ulicy Bołtucia. To było bardzo ważne miejsce dla mojej rodziny – opowiada pan Piotr.

Msza za duszę prawosławnych ojców

Niewiele o tej świątyni właściwie wiadomo. Zachowało się jednak jej archiwalne zdjęcie. Widać na nim, że była ona drewniana i zwieńczona kopułą. Nad wejściem do owej cerkwi umieszczono ikonę przedstawiającą św. Mikołaja. Zdjęcie wykonano prawdopodobnie przed jednym z nabożeństw, w latach 20. ub. wieku. Uwieczniono na nim kilku wiernych. Jedni stoją w modlitewnym skupieniu, inni o czymś rozmawiają, a jeden patrzy w stronę fotografa. Ta urokliwa cerkiew została zniszczona w 1938 r. przez oddział „Krakusów” (chodzi o polski, lekki pułk kawalerii). Na wyznawców prawosławia z Zamościa padł wówczas strach.

- Ten strach utrzymywał się bardzo długo. Rodzina przeszła potem na wyznanie rzymskokatolickie – opowiada pan Piotr. - Nie czuli się w Zamościu pewnie, bo to wiadomo – Rosjanie, kojarzeni z zaborcami. Kolejne władze były traktowane jako zagrożenie. Doszło do tego, że zapadła decyzja o zniszczeniu wszystkich, rodzinnych zdjęć i pamiątek, które mogłyby potwierdzić pochodzenie rosyjskie.

Takich przykrych wspomnień było więcej. - Zburzenie cerkwi w Zamościu odbyło się w nocy z 18 na 19 lipca. Moi starsi parafianie, którzy niestety już wszyscy nie żyją, opowiadali mi o tych wydarzeniach – mówi ks. Witold Charkiewicz, proboszcz parafii prawosławnej w Zamościu. - Wieść o zburzeniu zamojskiej cerkwi szybko rozniosła się po mieście. Ludzie rzucili wszystko i przybiegli na to miejsce. To był wieli płacz, lament. Żałowali cerkwi, ale pytali także jeden drugiego: co dalej? Przecież w Zamościu była to jedyna świątynia prawosławna. Ci którzy burzyli cerkwie zapomnieli jednak, że ludzi łączą nie tylko świątynie, ale także wiara i groby.

Zburzona cerkiew stała na prawosławnym cmentarzu. Tam wierni przychodzili się modlić m.in. podczas świąt. Robili to jednak dyskretnie, tak aby nie zwrócić na siebie uwagi. Niektórzy jeździli także na msze do cerkwi w Hrubieszowie, Chełmie czy Lublinie.

- Tam odbywały się śluby czy chrzciny – opowiada ks. Charkiewicz. - Czas jednak zrobił swoje. Prawosławni zaczęli się modlić w kościołach katolickich, do których mieli bliżej. Tak było przez wiele lat. Dopiero na początku lat 90. ub. wieku została wybudowana nowa cerkiew w Zamościu. W miejscu świątyni zburzonej. Wtedy najstarsi parafianie powrócili. Dołączyło do nich nowe pokolenie, zwykle osób napływowych. Bywa też tak, że młodzi są już katolikami, ale do cerkwi przychodzą zamawiać msze za dusze prawosławnych ojców i dziadów. Natomiast z dawnego wyposażenia zburzonej cerkwi nie pozostała żadna pamiątka. Nie wiem dlaczego.

Zamojscy prawosławni co roku wspominają rocznicę zburzenia miejscowej cerkwi.

- Nie chodzi o to, żeby rozdrapywać rany czy budzić w parafianach jakieś negatywne emocje wobec tych którzy się takich okropnych rzeczy dopuścili, ale o pamięć, która jest przecież zawsze bardzo ważna – podkreśla ks. Witold Charkiewicz. - A Bóg sprawiedliwie osądzi wszystkich.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Nigdy nie patrzyliśmy tak daleko - teleskop Jamesa Webba

Wideo

Materiał oryginalny: Strach utrzymywał się przez wiele lat. Ponure pokłosie niesławnej akcji burzenia cerkwi - Zamość Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie